|

Wyprawa na Mt. Blanc 4807m. i Rafting rzekami Isere i Durance

Sam pomysł wyprawy zrodził się rok wcześniej,
pewnego wieczoru podczas jednego z naszych wyjazdów postanowiliśmy zorganizować coś większego i bardziej ambitniejszego.
Po krótkich przemyśleniach padło na Alpy. Tak oto postanowiliśmy zdobyć
„Białą Damę” - Mount Blanc.
Oczywiście pomysł niezły, ale pytań bez odpowiedzi mnóstwo: brak odpowiedniego sprzętu,
jak zachowają się nasze organizmy na takiej wysokości, ...?
Jednak pragnienie przeżycia wielkiej przygody wzięło górę i postanowiliśmy spróbować.
I tak po roku intensywnych przygotowań, gromadzenia sprzętu i materiałów
informacyjnych jesteśmy gotowi do naszej podróży.
30 Lipca 2005r. nasz pomysł zaczyna się urzeczywistniać, samochód załadowany na maxa
a my gotowi do podróży, ruszamy naprzeciw przygodzie.
Pierwszy dzień podróży przebiegł dość sprawnie, przekroczyliśmy granicę Czech i Austrii,
gdzie zaplanowaliśmy pierwszy nocleg. Pogoda nie najlepsza, zbliża się burza, a my nadal nie mieliśmy miejsca na
biwak w końcu zjeżdżamy na leśny parking i rozbijamy namiot.
  
Następnego dnia przejeżdżamy Austrię i dojeżdżamy do Włoch kierując do doliny Aosty, gdzie
mamy się spotkać z naszymi współtowarzyszami dalszej podróży i gdzie tak naprawdę rozpocznie się nasza przygoda - ale o tym
później. Kontynuując podróż docieramy nad jezioro Garda, piękna słoneczna
pogoda zachęca nas do spędzenia dnia nad wodą. Kolejnego dnia postanawiamy zobaczyć
jeszcze dwa piękne jeziora Como i Maggiore, jednak
nie najlepsza pogoda i przelotne opady deszczu sprawiają, iż postanawiamy jak najszybciej
dotrzeć do Aosty.
   
I tak następnego dnia jesteśmy w Aoście gdzie spotykamy się z Duszak Team
„ Ich podróż rozpoczęła się miesiąc wcześniej a środkiem lokomocji jest rower”.
Tu też po raz pierwszy naszym oczom ukazał się nasz cel Mt. Blanc.
  
Podczas wieczornej biby wymieniliśmy się wrażeniami z podróży i postanowiliśmy następnego dnia rozpocząć wspinaczkę
na Mt. Blanc. I tak rankiem zgodnie z planem wyruszamy na spotkanie z Białą Damą, wcześniej jednak idziemy do gospodarstw z prośbą o przechowanie
części sprzętu Duszaków, niestety włosi są dość oporni na język Angielski w konsekwencji czego cały sprzęt Duszak Team oraz część naszego zostaje schowany w lesie u podnóża masywu Mt.Blanc. W godzinach popołudniowych docieramy do dol. Val Veny, tu przepakowujemy plecaki i konsekwentnie odrzucamy większość rzeczy, które wcześniej
mieliśmy w planie wziąć, niestety na niewiele się to zdaje bo plecaki nadal są bardzo ciężkie.
Przy wieczornym posiłku omawiamy ostatnie szczegóły wyprawy, humor nas nie opuszcza. Wszystko co dobre szybko się niestety kończy czas iść spać bo rano czeka nas nie
lada zadnie.
 
Piąta rano kolejnego dnia szybko zwijamy namioty, jemy śniadanie, a następnie ruszamy zmierzyć się z Mt.Blanc. Po przejściu kilku kilometrów plecaki dają nam nieźle w
kość 30kg na plecach robi swoje, plecy jednak w miarę upływu czasu przystosowały się do
ciężaru, ale nadal dają popalić.
  
Dość szybko dochodzimy do lod. Miage, niestety przejście go wydaje się trwać całą
wieczność, a droga wydaje się niemieć końca.
  
Na szczęście to tylko złudzenie, i w końcu docieramy do stromych zboczy grani Alg. Grises, którymi wspinamy się do schroniska
Gonella 3071m. Na tym odcinku Krzynio i Duszak 47 mają mały kryzys ”konsekwencja wieczornego piwka” jednak bez większych problemów docieramy
do schr. Gonella, tu chwila odpoczynku, ugaszenie pragnienia oraz zregenerowanie sił
do dalszej drogi. Przy schr. napotykamy się na dość sporą grupę Polaków, oni jednak
szybko idą dalej na lod. Dome. Czas szybko ucieka i trzeba ruszać dalej.
   
Na lod. doganiamy wcześniej napotkaną grupę polaków a następnie mijamy ją. Powoli zapada zmierzch, pokazują się pierwsze
oznaki zmęczenia w końcu na wysokości 3500m. znajdujemy miejsce na biwak. Razem z nami biwakuje grupa Polaków i Belgów.
  
Nad ranem czekają nas złe nowiny Krzynio prognostyk zapowiada zmianę frontu i tak też się
zapowiada. My jednak postanawiamy spróbować, a razem z nami grupa Polaków reszta
osób się wycofała. Dość sprawnie docieramy pod grań Bionnassay, omijając szczeliny zachodniej odnogi lod. Dome, następnie krótkim śnieżnym zboczem wspinamy się na przełęcz Col. das Alg. Grises, skąd dochodzimy do ramienia grani Griesa i Bionnassay.
  
Śnieżna grań Bionnassy jest bardzo wąska z trudem może tu iść jedna osoba a z obu stron przepaść i lodowce pełne szczelin. Gęsiego przechodzimy grań Bionnassy kierując się
na Dome du Gouter i schron Vallot gdzie postanawiamy spędzić noc. Niestety idąca z nami grupa Polaków zginęła nam gdzieś po drodze i zostajemy sami. Następnego ranka
sprawdziła się prognoza i nastąpiło załamanie pogody, wiatr hulał z prędkością 100 km/h a w dolinach szalały burze. Załamanie pogody postanawiamy przeczekać w schronie Vallot
razem z nami para Francuzów.
   
Po dwóch dniach koczowania w Vallocie, zmaganiem się z bólem głowy i ogólnym złym samopoczuciem nadszedł dzień
szansy zaatakowania szczytu. Wczesnym rankiem pojawia się duża grupa
alpinistów idąca od strony francuskiej (między innymi Polacy, Amerykanie i Rosjanie), tak
liczna grupa prognozowała zmianę pogody. Od Polaków otrzymujemy
informacje że w godzinach popołudniowych prędkość wiatru ma zmaleć do 30km/h.
My postanawiam podjąć próbę nie czekając na poprawę pogody, niestety z niewielkim skutkiem, szalejący wiatr miotał nami na prawo i lewo a temp. odczuwalna była grubo
poniżej 0ºC. W związku z tym postanawiamy odczekać kilka godz.
Wytrwałość się opłaciła i tak po kilku godz. bez większego wysiłku stajemy na szczycie królowej Alp.
Ogarnia nas wielka radość i wzruszenie że pomimo tylu trudności zrealizowaliśmy
swoje marzenie, które jeszcze tak niedawno było tylko marzeniem. Po
zaspokojeniu swojej radości i uniesień, napawamy się widokami ze szczytu, jak szaleni robimy fotki i podziwiamy Alpy z ich najwyższego punktu.
  
Wiejący jeszcze dość silnie wiatr nie pozwala długo przebywać na szczycie dlatego rozpoczynamy drogę powrotną, kierując się w
kierunku lod. Dome. Po kilku godz. marszu, podziwianiu pięknych widoków dochodzimy do lod. Dome, ponieważ czujemy się świetnie a wszystkie problemy aklimatyzacyjne mamy już za sobą, postanawiamy przenocować na lod.
tuż pod granią Bionnassay.
  
Kolejnego dnia zwinnie omijając szczeliny lodowca docieramy do sch. Gonella.
Tu po przebraniu ubrania z zimowego na letnie, uzupełnieniu kalorii zaczynamy szybko
schodzić w dół. Słonko i brak wody sprawia, że droga jest bardzo uciążliwa w końcu
jednak docieramy do źródeł, gdzie uzupełniamy wodę. Po krótkim odpoczynku i
napojeniu
naszych organizmów postanawiamy przyśpieszyć tempa,
tak aby jeszcze tego samego dnia zjechać do doliny Aosty przed zamknięciem sklepów. Lod. Miage tak jak w
drodze na Mt.Blanc tak i teraz wydaje się być nie do przejścia, pomimo ciągłego
marszu drogi nie ubywało. W końcu zmęczeni ale
bardzo zadowoleni docieramy do samochodu, miejsca skąd jeszcze cztery dni temu wyruszyliśmy na naszą przygodę z Białą Damą.
   
Nie tracąc czasu pośpiesznie wrzucamy wszystko do samochodu i zjeżdżamy do dol. Aosty.
Tu biwak nad rzeką Dora Baltea, wielkie pranie i porządki po Mt.Blanc. Teraz czeka nas druga część naszej podróży równie ekscytująca, a mianowicie rafting dwoma najlepszymi rzekami Francji Isere i Drance. I tak
po dwóch dniach odpoczynku udajemy się razem z Duszakami przez przełęcz Colledel Piccolo San Bernardo do Francji. Na pierwszy cel obieramy sobie
rzekę Isere, której widok robi na nas piorunujące wrażenie i zapowiada niezłą zabawę.
Na miejsce rozpoczęcia spływu docieramy późnym popołudniem dlatego rafting postanawiamy przenieść na kolejny dzień. Szybko znajdujemy miejsce biwakowe, podekscytowani
oczekujemy kolejnego dnia, ekscytacja jest tym większa ponieważ jest to nasza pierwsza rzeka o takim stopniu trudności (wcześniej raftowaliśmy tylko po słowackich rzekach).
 
Rankiem pośpiesznie udajemy się na miejsce rozpoczęcia spływu, wodujemy ponton i ... . Rafting po Isere wywarł na nas ogromne wrażenie, rzeka okazała się być naprawdę trudna, a raftowanie pełne emocji i nieoczekiwanych sytuacji. Tym razem nikt nie
uniknął kąpieli (opis spływu Rzeka Isere).
  
Pełni wrażeń udajemy się nad kolejną rzekę Durance wcześniej jednak robimy biwak nad
pięknym jeziorem Serre-Ponçon. Po dniu spędzonym nad jeziorem pełni energii udajemy się
w miejsce rozpoczęcia kolejnego spływu. Rzeka Drance okazuje się być pełna przygód,
a jej piękne koryto robiło wrażenie. Już sam początek spływu okazał się być naprawdę pechowy, wpłynęliśmy pontonem na ostry pręt wystający z betonowego głazu.
Po wstępnych oględzinach okazuje się, że uszkodzeniu uległy tylko dwie z pięciu komór
pontonu co umożliwiło nam kontynuowanie spływu. Ponton częściowo stracił sterowność
płynęło się dużo ciężej i wolniej, jednak rzeka i piękne widoki zrekompensowały
nam cały wysiłek (opis spływu Rzeka Durance).
  
Po całodziennym raftingu udajemy się ponownie nad jezioro Serre-Ponçon gdzie
spędzamy cały kolejny dzień.
   
Następnie udajemy się nad lazurowe wybrzeże (Cannes, Nicea), gdzie postanawiamy
skorzystać z
lazurowego morza i kąpieli słonecznych, po tak spędzonych dwóch dniach
kierujemy się wzdłuż wybrzeża do Genui. Droga bardzo zatłoczona, tempo mamy mozolne jednak czas umilają nam przypadkowo napotkany kanion czy morskie jaskinie.
   
W Genui rozstajemy się z Duszakami którzy włoską koleją udają się do doliny Aosty a my obieramy kierunek Pisa. W Pisie spędzamy kilka godzin zwiedzając oczywiście słynną
Krzywą Wieżę i pobliskie zabytki, następnie przez Florencje zmierzamy do Rawenny
nad Adriatyk. Rawenna podobnie jak Nicea wita nas piękną słoneczną pogodą, spędzamy tu kilka dni na
plażowaniu i korzystaniu z tutejszych rozrywek m.in. odwiedzamy jeden z
najpopularniejszych parków rozrywki w Europie „Mirabilandie”.
  
Tutaj też dochodzi do włamania do naszego samochodu na szczęście poza splądrowanym samochodem nic nie ginie. Ponieważ, czas
którym dysponujemy powoli się kończy, postanawiamy
kierować się do domu. Po drodze zwiedzamy nocą Wenecje
(najpierw tramwajem wodnym, a następnie pieszo). Niestety i tu czeka nas nie lada zdziwienie, gdy wracając zastajemy samochód z wybitą szybą od strony pasażera.
Po raz kolejny samochód splądrowany, tym razem ginie kilka rzeczy, jednak największym problemem jest rozbita szyba, a do Polski jeszcze kawał drogi. Długo się nie zastanawiając, postanawiamy
jak najszybciej dotrzeć do domu, zakrywamy okno folią i ruszamy w drogę.
Nad ranem docieramy w Dolomity, gdzie robimy kilku godzinną drzemkę, z Dolomitami rozstajemy się późnym popołudniem.
   
Po całonocnej podróży docieramy do Czech, tu przywitała
nas
deszczowa pogoda, zmęczeni podróżą robimy kilku godzinny odpoczynek. Sprawnie
pokonując Czechy docieramy do
ostatniej granicy Czesko-Polskiej w Cieszynie gdzie wita nas napis „Witamy w Polsce”
miło było go przeczytać po miesiącu podróży, jednak im bliżej domu tym większy żal, że
nasza przygoda dobiegła końca, ale cóż czas biegnie nieubłagalnie a wraz z nim My.
Drogę z Cieszyna do Tychów pokonujemy wspominając przeżycia z właśnie
kończącej się wyprawy i snuciu nowych planów
na kolejną podróż.
Pozdrawiamy Iwona i Krzynio !
Podsumowanie:
- 31 dni podróży
- 5000 km. przez 4 kraje Europy
- zdobycie najwyższego szczytu Alp Mount Blanc 4807m.
- rafting rzekami Isere i Durance
Nasze wskazówki:
- zakupy najlepiej robić w Lidlach, są najtańsze choć nie zawsze dobrze zaopatrzone
____________________________________________
Opis drogi włoskiej "Papieskiej" na Mt. Blanc
Rafting Francja
***********************************************

|